KWIAT PAPROCI 24

KWIAT PAPROCI 24
Rozsiedli sie na lawach. Zejga natychmiast zaczela sie krzatac po chacie, szykujac jedzenie dla zdrozonych gosci. Co chwile rzucala przy tym plomienne spojrzenia w strone Plaweckiego. W jej strone z kolei posylala spojrzenia Pustólecka, jednak z miloscia mialy one niewiele wspólnego. Obie obserwowali ukradkiem Dmusa i D’Oberon. Stary Francuz zaraz po wejsciu szepnal pare slów kaplance i teraz stara czujnie sledzila sytuacje. Plawecki natomiast byl gluchy i slepy na wszystko. Mial Kwiat, mial Korzen i teraz czekal tylko, az stara kaplanka wyjawi mu sposób powrotu. A tam juz czekala na niego Hanka. Oczywiscie, bylo mu dobrze z Zejga, która nadskakiwala mu na kazdym kroku. Nie mial jednak zadnych watpliwosci, co do swoich uczuc. Liczyla sie tylko ta, która czekala na niego w innym czasie. I zamierzal jak najszybciej ja zobaczyc.
Nie zwlekal wiec dlugo z, interesujacym go, tematem.
– To kiedy pomozecie nam wrócic? – spytal bez ogródek.
D’Oberon i kaplanka spojrzeli na siebie wymownie.
– Spieszy ci sie, – spytal Francuz.
– Oczywiscie, ze tak! – palnal Plawecki.
Patrzyl wyczekujaco na Dmuse. Nie zauwazyl wiec, ze Zejga posmutniala.
– Pomozemy wam, oczywiscie – uspokoila go Dmusa. – Jednak to nie jest takie proste.
– Dlaczego?! – zdenerwowal sie Plawecki. – Potrzebne jest jeszcze cos?! Krew miesieczna dziewicy?! Sperma kosciotrupa?! Lzy kastrowanego byka?!
– Nie, przyjacielu – usmiechnela sie stara. – Po pierwsze, taka podróz jest mozliwa jeno w czas pelni ksiezyca. Musicie przeto poczekac pare niedziel. Co wiecej, jesli nie uda wam sie wrócic podczas tej najblizszej pelni, na zawsze tu zostaniecie.
– A po d**gie? – spytala niespokojnie Pustólecka.
Zaniepokoila ja mina Dmusy. Na pewno nie powiedziala im jeszcze wszystkiego. Powrót z pewnoscia wiazal sie z jakims niebezpieczenstwem.
– Po d**gie… – kontynuowala Dmusa – …mus nam przeprowadzic wszystko na wzgórzu. Tylko stamtad mozecie wrócic.
– To wszystko? – Plawecki, widzac powazne miny pary starców, na serio sie zaniepokoil. – Mam wrazenie, ze nie powiedzialas jeszcze wszystkiego.
– Jest i po trzecie. – zgodzila sie stara. – Korzen, mimo calej swojej mocy, potrzebuje swego rodzaju iskry, która pozwoli was przeniesc. Czegos, co wyzwoli jego moc przenoszenia w czasie. Takiego… – szukala bezskutecznie wlasciwego slowa.
– Impulsu? – podpowiedziala Pustólecka.
– Impulsu? – zastanowila sie kaplanka. – Nie znam tego slowa, ale brzmi dobrze.
– Impulsu? – zdziwil sie Plawecki – Przeciez nie bylo nic takiego.
– Musialo byc! – stwierdzila kategorycznie Dmusa. – Inaczej byscie tu nie trafili.
– Czys ty mial jakis impuls, gdy tu trafiles? – zwrócil sie Plawecki do D’Oberona.
– Nie! – zaprzeczyl Francuz. – Nic takiego nie bylo. Chociaz…
Francuz zamyslil sie. Plawecki patrzyl na niego wyczekujaco.
– Piorun! – poderwal sie Francuz. – Wtedy, gdym tu trafil, piorun przeciez trzasnal tuz obok!
– Ot, i macie odpowiedz! – usmiechnela sie stara. – Z wami musialo byc podobnie.
– Ale przeciez nam zaden piorun nie strzelil! Prawda? – zwrócil sie Plawecki do Pustóleckiej.
– No nie – potwierdzila. – Zbieralo sie wprawdzie na burze, ale daleko jeszcze byla.
– Mamy wiec czekac, az piorun z nieba walnie?! – zirytowal sie Plawecki. – Przeciez nie ma zadnej gwarancji, ze tej nocy bedzie burza!
– Musialo byc zatem cos innego – ozwala sie Dmusa. – Przypomnijcie sobie.
Zamilkli oboje. Usilnie starali sie przypomniec przebieg wypadków. Za to odezwal sie D’Oberon.
– Ciekawe – mruknal zamyslony. – Kiedy walnal ten piorun, w chmurach zrobila sie dziura i wyjrzal ksiezyc. Pamietam, jak dzis. Nigdym czegos takiego nie widzial.
Nikt nie zwrócil na niego uwagi, poza Dmusa. Po chwili Plawecki zmarszczyl brwi.
– Ognisko.. – mruknal. – Pamietam, ze ognisko eksplodowalo.
– Tak, bylo cos takiego – potwierdzila Pustólecka. – Ale dlaczego? Co to sprawilo?
– Pamietam tez, ze Korzen zaczal mnie w tej chwili palic i mrozic jednoczesnie – mruczal Plawecki. – Poczulem tez jakby siarke.
– Tak, smród byl okropny, choc tylko przez pare sekund – potwierdzila Józefina.
– Siarka? – zdziwil sie D’Oberon.
– Albo cos podobnego – wzruszyl ramionami Plawecki. – Nie wiem.
– Dobrze wiec, przeniosla nas jakas eksplozja – Pustólecka popatrzyla na starych. – Macie jakis pomysl, aby wywolac podobna eksplozje?
D’Oberon popatrzyl na Plaweckiego i wyszczerzyl nieliczne zeby.
– – potwierdzil. – Mamy!
– Ale czy wystarczy ci zapasów? – spytal Plawecki, bez trudu domyslajac sie, o co staremu chodzi. – Pamietaj, ze ona ukradla ci troche.
– Bede musial sprawdzic – mruknal Francuz. – Ale i tak dorobie, czasu mamy dosc i trzeba to wykorzystac. A ty, , bedziesz mial w tym czasie bojowe zadanie.
– Jakie znowu zadanie? – skrzywil sie Plawecki.
Skoro ustalilo sie juz, ze powrót nastapi za pare tygodni, mial nadzieje odetchnac troche. A tu ten stary dziadyga znowu cos wymyslil.
– Bojowe zadanie, mówie przecie – usmiechnal sie D’Oberon. – Widzisz, , jest jeszcze i “po czwarte”. Po niektórych naszych osadach, ciagle siedza, ci, jak ich nazywasz, Czarnozbrojni. Nawet tych tutejszych nie wybilim wszystkich, bo garsc byla poza osada. Dragisa na pewno bedzie próbowala zebrac ich jakos do kupy i pomste na nas wywrzec. Trza nam ja uprzedzic. Zebrac ludzi i oczyscic pare osad. Ludzie boja sie ich, ale za toba pójda. Do pelni zdolasz sie uwinac. Gdy ich nieco przerzedzimy, potem nasi sami juz dadza rade z niedobitkami.
– I ja niby mam was poprowadzic? – jeknal Plawecki. – Przeciez jestem tu calkiem obcy! Na pewno znajdzie sie ktos lepszy i bardziej doswiadczony!
– Ludzie w ciebie wierza, . Bardziej doswiadczeni wojownicy beda cie wspierac rada, tego obawiac sie nie musisz. Poza tym jest jeszcze cos, co mnie trapi…
Francuz wyraznie sie zasepil. Czekali z napieciem, co powie.
– Niepokoi mnie znikniecie Wigrysa – zaczal stary. – Dobrze wiesz, ze wyslala za nami szpiegów. Jesli dowiedziala sie, ze prócz Korzenia masz jeszcze Kwiat, bedzie chciala go zdobyc za wszelka cene. Jest madra, mimo wszystko. Domysli sie wiec, kiedy i gdzie bedziesz chcial wrócic. Gdy ruszymy na wzgórze, moze tam juz na nas czekac. A wtedy, im mniej bedzie miala ludzi ze soba, tym lepiej dla nas.
Zapadla cisza. Wszyscy przetrawiali w milczeniu to, co powiedzial D’Oberon. Plawecki sposepnial, Dmusa i Pustólecka wgapily sie w ogien. Zejga z niepokojem patrzyla na Plaweckiego. Gdy tylko uslyszala, ze jej ukochany ponownie ma sie narazac na niebezpieczenstwo, omal nie zemdlala. Lecz jednoczesnie byla zen dumna. To byl mezczyzna jej zycia! Niewazne bylo, ze kochal inna, niewazne bylo, ze wkrótce mial odejsc na zawsze. Byl jej pierwszym i jedynym, i kochala go ponad wszystko. A jesli sposób babki sie powiedzie, to beda razem na zawsze. Trzeba bylo tylko poczekac.
Pustólecka natomiast siedziala naburmuszona. Czula sie w tym wszystkim pominieta. Nikt nie zwracal na nia uwagi. Nikt nie wyjasnial wielu rzeczy, których nie rozumiala, i o których nie miala zielonego pojecia. Kim wlasciwie byla ta cala Dragisa? Wigrys szepnal jej cos na ten temat, ale tylko troche. I tak mu nie uwierzyla. Wygladala na wredna suke, co prawda, ale i na silna kobiete. A jakie zapasy mial D’Oberon, i co mial wyprodukowac? Znajac jego rodzinke, to chyba bimber?!
Niewiedza tego wszystkiego draznila ja szalenie. Draznilo ja tez calkowite ignorowanie jej osoby. A najbardziej draznily ja maslane oczy Zejgi, która wciaz wpatrywala sie w Plaweckiego! Najpierw Hanka, teraz ta smarkula. Wybieral sobie same mlode! A przeciez ona wcale nie byla wiele starsza. Nie miala jeszcze nawet trzydziestki, a dopiero dwadziescia piec lat. No dobra, dwadziescia szesc. Zamyslona, nie slyszala nawet, ze D’Oberon cos do niej mówi. Dopiero gdy Plawecki, malo delikatnie, szturchnal ja w bok, podniosla glowe.
– Pytalem, czy mi pomozesz, – pytal Francuz.
– W czym? – spytala odruchowo.
D’Oberon westchnal.
– No przecie caly czas mówie – powiedzial zniecierpliwiony. – W produkcji prochu. Sporo go bedzie potrzeba, a sam sie nie wyrobie,
– Oczywiscie, ze pomoge – odparla i zaraz sie zainteresowala. – A skad macie proch? To przeciez nie sa czasy, w których uzywa sie prochu.
– Opowiem ci – uspokoil ja D’Oberon. – Ale teraz czas na wieczerze.
Odwrócil sie do Zejgi.
– Jak tam, Dlugo jeszcze? Mozna zaczynac?
Zejga skinela glowa i zaczela podawac jedzenie. Przed zebranymi pojawily sie same smakolyki. Pieczony warchlak dzika, szpikowany gesto kostkami sloniny, z pieczona bulwa topinambura w pysku; dwa ogromne gluszce z rozna; kilka tlustych cietrzewi, zapieczonych w glinie; wielka wiazka wedzonych wegorzy; pare ogromnych bochenków czarnego chleba i micha placków owsianych. Do tego Zejga podala kilka sporych dzbanów syconego miodu i miejscowego piwa o zielonkawym zabarwieniu. Na deser dorzucila orzechy kotewki wodnej, smazone w miodzie. Francuz postawil dodatkowo nieduzy dzban wina z dzikich jablek, wlasnej roboty. Zaiste, byl to slodki widok dla wyglodnialych oczu.
Bez wahania rzucili sie na jedzenie. Dmusa wprawdzie sie obawiala, czy nie jest go za duzo, bo przeciez zabraklo na wieczerzy Rykla. Jednak Plawecki, a przede wszystkim Pustólecka, dali taki koncert jedzenia, ze wszelkie obawy starej szybko sie rozwialy.
Pustólecka dala koncert jedzenia, jednak jednej potrawy nie ruszyla za zadne skarby. Byly to, pieczone w glinie, cietrzewie. Na prózno Plawecki i D’Oberon namawiali ja, by chociaz spróbowala. Uparla sie. Zapach pieczeni zbyt przypominal jej gliniane posagi… Nie zalowala sobie za to miodu i piwa, choc nie dorównala w tym wzgledzie Francuzowi. D’Oberon narzekal co prawda z poczatku, ze wina jest za malo, ale potem rozwiazal mu sie jezyk. Pozostalym równiez.
Francuz szeroko opowiedzial Pustóleckiej o pojedynku Plaweckiego z Kusajem i bitwie na placu, a ta wysluchala tego z zapartym tchem. Dmusa opowiedziala z kolei Plaweckiemu o latach zycia pod jarzmem Kusaja i Dragisy. Zalewala sie przy tym lzami, w miare wypitych trunków, coraz czesciej. Plawecki, ze swojej strony, baknal o morderstwach, jakich byl swiadkiem w chacie Dragisy. Jednak, mimo nalegan, nie chcial wdawac sie w szczególy i powiedziec, co wiedzma mu robila. Pustólecka nagabywana o swoje przezycia, opowiedziala w koncu niechetnie o rytuale zapiekania jenców w glinie. W rezultacie wszystkie pozostale cietrzewie zostaly nietkniete i Zejga musiala rzucic je potem psom.
Po paru godzinach ucztowania, z potraw pozostaly jedynie okruchy i dobrze ogryzione kosci. Gdyby nie cietrzewie, psy nie mialy by nawet czym sie posilic. D’Oberon zasnal przy palenisku, sciskaja kurczowo pusty dzban po winie. Dmusa poszla w jego slady. Plawecki z Zejga znikneli za skórzanymi zaslonami w rogu chaty, a stlumione jeki i westchnienia wskazywaly, ze nie od razu poszli spac.
Pustólecka zostala przy palenisku sama. Pekajac niemal z przejedzenia, nie mogla zasnac, choc byla wyczerpana podróza. Gdy w koncu zaczal morzyc ja sen, jeki za kotara nasilily sie do tego stopnia, ze sen odbiegl ja na kolejne kilka godzin. Klnac pod nosem, meczyla sie niemal do switu. Dopiero wtedy zasnela. I zasnela tak twardo, ze nawet nie poczula, jak przeniesiono ja na poslanie pod sciana. Obudzila sie dopiero po poludniu.
*
Nastepne dni byly dla wszystkich bardzo pracowite.
Plawecki z wojownikami wyruszyl odbijac osady, wciaz zajete przez Czarnozbrojnych. W ciagu dziesieciu dni przejeli trzy z nich, a liczba jego wojska wciaz rosla. Czarnozbrojni rzadko kiedy stawiali zaciety opór. Z reguly wystarczala wiesc, ze zbliza sie zabójca “niepokonanego” Kusaja, by upadal w nich duch. Walczyli bez wiekszego przekonania, a uniesieni wolnoscia Galindowie, nie zywili nikogo.
Sam Plawecki w roli wodza i wojownika czul sie coraz pewniej. Z wielkim trudem nauczyl wojowników paru sztuczek. Na tyle znal historie, ze szybko sie zorientowal, co moze pomóc w walce. Najlatwiej poszlo ze “sciana tarcz” i “obronnym kregiem”. Wojownicy predko sie przekonali, jakie niesie to korzysci. Uczulil tez wojowników, aby zawsze atakowali w kilku na jednego. W walce twarza w twarz bowiem, Czarnozbrojni mieli ogromna przewage. Za to formowanie luczników w kilka szeregów poszlo juz duzo gorzej. Galindzi traktowali luk, jako bron mysliwska, a walke wrecz przedkladali ponad wszystko. Dopiero gdy niemal sila zmusil ich do takiego ustawienia podczas jednej z walk, która wygrali bez zadnych strat, masakrujac jednoczesnie przeciwników, zaakceptowali niechetnie ten sposób. Ale oswiadczyli, ze beda go stosowac jedynie w ostatecznosci. Plawecki nie mial innego wyjscia i musial ulec uparciuchom.
Zgodnie z obietnica D’Oberona, doswiadczeni wojownicy wspierali go rada, a w bitwach strzegli ze wszystkich stron. Sama walka przychodzila mu juz duzo latwiej. Miedzy innymi tez dlatego, ze Francuz pozyczyl mu swój kirys.
Zbroja, która Plawecki wzial w spadku po Kusaju, okazala sie do niczego. Byla jedynie zbroja ozdobna, na pokaz. Kusaj, dzieki czarom siostry, byl odporny na ciosy zadawane bronia i nosil ja tylko dla podniesienia prestizu. Po starciu ze zwiadowcami Dragisy i wojami Maslawa, plytki osypywaly sie z niej jak deszcz, i jasne bylo, ze musi znalezc cos lepszego. Gdy sprawa wyszla na jaw, D’Oberon nie wahal sie ani chwili.
Sam Francuz dniem i noca przesiadywal w malej chatce, polozonej na uboczu osady. Oprócz produkcji prochu, pichcil tez rózne ingrediencje, majace, rzekomo, ulepszyc jego moc. Cala okolica chatki smierdziala wiec nie do wytrzymania. Nie wspominajac juz o licznych wybuchach, na szczescie niezbyt groznych.
Jego eksperymenty doprowadzily do tego, ze najblizej polozone chaty kompletnie opustoszaly. Ich mieszkancy, soczyscie blogoslawiac Francuza, przeniesli sie na d**gi koniec osady, do sasiadów. Stary kirasjer wcale sie tym nie przejal i dalej robil swoje. Plawecki, który odwiedzal go w przerwach miedzy wyprawami, podejrzewal, ze Francuz skupia sie bardziej na polepszeniu smaku wina i zwiekszeniu jego ilosci. D’Oberon stwierdzil na to, ze kazdy powinien trzymac sie swoich zadan i nie zagladac d**giemu w rece. Jako, ze produkcja prochu szla mu calkiem sprawnie,pomimo podejrzanych wyziewów z otworu gebowego, Plawecki dal mu spokój. Francuz wrócil do swojej roboty, a jego chatka zaczela smierdziec jeszcze intensywniej.
Równie mocno smierdziala tez sprawa Wigrysa. Rykiel, powróciwszy z poszukiwan, bez zadnych rezultatów, wkrótce potem ruszyl ponownie, ale juz sam. Po paru dniach znalazl opustoszaly obóz Dragisy. Widac bylo po sladach, ze spedzila tam sporo czasu. Caly obóz smierdzial dziwnie padlina, totez mlodzieniec nie zabawil tam dlugo. Odkryl jednak rzeczy, które, mimo mlodego wieku, przyprawily go o pare siwych wlosów. Znalazl bowiem pozostalosci po Wigrysie. I to nie tylko jego rzeczy, ale i szczatki. Bardzo zreszta skape. Zaledwie czaszke i kilka, dobrze ogryzionych, kosci. Ze sladów jednak wywnioskowal, ze zwiadowca byl przed smiercia torturowany. A to najbardziej zaniepokoilo D’Oberona i Dmuse.
Stara kaplanka spedzala wiekszosc czasu w swojej chacie. Asystowala jej jedynie Zejga, wiec nikt nie wiedzial, co tam robila. Dopiero potem okazalo sie, ze przekazywala cala swoja wiedze wnuczce. Wiesci przyniesione przez Rykla zmusily ja jednak do podjecia pewnych kroków. Przy pomocy czarów i róznych rytualów, starala sie namierzyc wiedzme. Na prózno. Dragisa przezornie zabezpieczyla sie przed taka mozliwoscia i wszelkie próby spelzly na niczym.Pozostalo jedynie miec sie na bacznosci i miec nadzieje, ze wiedzma nie zrobi im jakiejs niemilej niespodzianki.
Pustólecka natomiast nudzila sie smiertelnie.W ciagu dnia pomagala, co prawda, D’Oberonowi w jego robocie. Doszla nawet do pewnej wprawy. Francuz stwierdzil, ze robiony przez nia proch jest dobrej jakosci i sam by lepszego nie zrobil.
Kombinowali tez wspólnie nad winem. Plawecki slusznie podejrzewal, ze proch, to nie jedyne, czym Francuz sie zajmuje. Stary kirasjer mial obsesje na punkcie wina i przed smiercia chcial skosztowac o wiele lepszego gatunku, niz ten, którym dysponowal obecnie. Pustólecka wydatnie mu w tym pomagala. Raz, bo zabijalo to nieznosna nude. Dwa, bo sama chetnie wypila by kielicha.
Jak na razie, wieloletnie próby Francuza zakonczyly sie niepowodzeniem. Dopiero pare lat temu odkryl pewien gatunek lesnych jablek, z w miare odpowiednimi owocami. D’Oberon nabral nadziei i teraz, gdy mial pomocnice, calkowicie poswiecil sie pracy nad winem. Cala produkcja prochu spadla wiec na Pustólecka.
Jednak, jako sie rzeklo, poza czasem spedzonym na pracy, nudzila sie okropnie. Inni znajdywali sobie jakies zajecie. D’Oberon spedzal czas wolny na testowaniu próbek wina. Dmusa grzebala sie w ziolach, które mialy ponoc poprawic jego smak. W rezultacie oboje wieczorami bywali mocno wstawieni.
Plawecki natomiast, kiedy nie spedzal czasu na wyprawach, bezustannie i bez opamietania, spólkowal z Zejga. Tak jakby chcial wykorzystac pozostaly im czas i nauczyc dziewczyne jak najwiecej o sztuce milosci. Zapatrzona w niego dziewczyna, bez zadnych zahamowan poddawala sie jego najdzikszym pomyslom. Sama tez nie pozostawala w tyle, zadziwiajac swoja inicjatywa nawet Plaweckiego. Opetani pozadaniem przestali sie nawet specjalnie kryc przed reszta przyjaciól. Dopiero gdy D’Oberon, do spólki z Dmusa, zwrócili im, w malo delikatny sposób, uwage, przystopowali troche. To znaczy przestali sie tak afiszowac, jednak ich glód seksu wzrósl jeszcze bardziej, o ile to w ogóle bylo mozliwe.
Ich nieustanne szalenstwa zatruwaly zycie Pustóleckiej. Zawsze, gdy Plawecki przebywal w osadzie, Dmusa na noc przenosila sie do chatki D’Oberona, pozostawiajac swoja chate do dyspozycji kochankom. No i Pustóleckiej.
Ta, ze swojej strony zaczynala podejrzewac, ze Plawecki celowo doprowadza Zejge do stanu podwyzszonego wrzasku, zeby wzbudzic w niej samej zazdrosc. Jesli tak bylo, udawalo mu sie to w zupelnosci. Noce, kiedy Plawecki byl w wiosce, stawaly sie nie do zniesienia. Na prózno zatykala sobie uszy, na prózno nakrywala glowe skórami. Wrzaski Zejgi scigaly ja nieustannie, a z czasem doszlo do tego, ze slyszala je nawet, gdy Plaweckiego nie bylo. Poprosila Dmuse o jakis srodek nasenny, ale kaplanka aktualnie zadnym nie dysponowala. Zrobienie zas jakiegos zajelo by zbyt duzo czasu. Pustólecka musiala wiec zacisnac zeby i znosic cierpliwie niekorzystna sytuacje. Tym bardziej, ze sama poscila juz od jakiegos czasu.
Ostatnia pochedózka, jaka sie jej trafila, to byl gwalt w obozie Maslawa. Nie wspominala jej milo. Sama konfiguracja byla nawet ciekawa i obudzila, ukryta gdzies wewnatrz niej, iskierke pozadania. Ale atrakcyjnosc, umiejetnosci, a przede wszystkim higiena tamtych absztyfikantów pozostawiala wiele do zyczenia i zdecydowanie nie zyczyla sobie takiej powtórki.
Tutaj natomiast pozadanie wybuchlo z olbrzymia sila. Sluchajac nocami odglosów namietnosci, sama sie przy tym niewyobrazalnie rozpalala. Na wlasnej skórze przekonala sie przeciez, jakim Plawecki jest kochankiem. Bez trudu mogla wiec sobie wyobrazic, co przezywa Zejga. Zwlaszcza, gdy jest dziurawiona takim instrumentem!
D’Oberon, opowiadajac jej o pojedynku i bitwie, wspomnial tez o klopotach Plaweckiego z gigantycznym przyrodzeniem. Plawecki niechetnie potwierdzil, jednak Pustólecka wziela to za zart, zwlaszcza, ze Francuz mial juz dobrze w czubie. Pewnej nocy jednakze, gdy odglosy za skórzana zaslona osiagnely apogeum, nie wytrzymala. Wstala i poszla do nich.
Stanela nad nimi, obserwujac, jak sie kochaja. Kompletnie nie zwracali na nia uwagi, ale do tego zdazyla juz przywyknac. Rozebrala sie wiec do naga i zaczela ostentacyjnie sie masturbowac. Zadnej reakcji. Przysiadla wiec obok na poslaniu i zaczela sie do nich dobierac. Wtedy Plawecki szorstko dal jej do zrozumienia, zeby nie przeszkadzala i zajela sie czyms pozytecznym, gotowaniem na przyklad. Wsciekla sie i juz chciala wywolac awanture, gdy wtedy wlasnie zobaczyla jego organ.
Byla zszokowana. Czegos takiego sie nie spodziewala. Obecny czlonek Plaweckiego, dorównywal maczudze Kuby, która tak dobrze pamietala, a nawet ja nieznacznie przewyzszal. Do tego byl bardziej harmonijnie i proporcjonalnie zbudowany. Jego ksztalt byl tak idealny, jak zaden. W dodatku byl calkowicie pozbawiony wlosów. Do tej pory miala z takim do czynienia tylko raz. Byl to czlonek Druzgota i wspominala go bardzo milo. Zawsze lubila ssac meskie czlonki. Dawalo jej to ogromna satysfakcje, kiedy przejmowala nad rozgrzanym samcem pelnie wladzy. A ssanie gesto obrosnietego organu nigdy nie bylo zbyt mile. Nie zdawala sobie z tego sprawy, dopóki nie natrafila na Druzgota wlasnie.
A teraz miala podobny organ niemal w zasiegu reki. I nie byl on, niestety, przeznaczony dla niej. Wstala wiec i wrócila na swoje poslanie, wciaz w lekkim szoku. Siedziala i rozmyslala, zgrzytnieciem zebów kwitujac kazdy glosniejszy jek Zejgi. Od tej wlasnie pory pozadanie nie przestawalo dawac jej spokoju i wylazila ze skóry, aby zdobyc jakiegos mezczyzne.
Ale, jak na zlosc, zaden z mezczyzn w osadzie nie byl nia zainteresowany. Jako towarzyszka Przybysza, który ocalil ich z dlugoletniej niewoli, byla otaczana, nabozna niemal, czcia. Pochlebialo jej to oczywiscie, ale efektem ubocznym tego uwielbienia byl fakt, ze zadnemu z mezczyzn nawet do glowy nie przyszlo, aby sie do niej dobierac.
Wyjatkiem, jak do tej pory, byl Wigrys. Doskonale widziala, jak na nia patrzyl i wiedziala, ze zrobilby dla niej wszystko. Ale Wigrys przepadl, zanim miedzy nimi doszlo do czegokolwiek. A gdy Rykiel przyniósl wiadomosc o jego smierci, wizja pochedózki oddalila sie niebezpiecznie. Wtedy to wlasnie wziela na celownik syna D’Oberona.
*
Dobrze pamietala lekcje, jaka stary Obierka dal jej na wzgórzu. Umierala wiec teraz niemal z ciekawosci, czy Rykiel jest równie utalentowany, jak jego krewniak z innego czasu. Koniecznie musiala to sprawdzic. Wiedziala teraz dobrze, ze rozmiar nie ma znaczenia. No, przynajmniej nie zawsze.
Mlody Rykiel sie nia nie interesowal. Nie zauwazyla jednak, aby mial jakas kobiete. Caly czas spedzal na zwiadach i polowaniach. Nieliczne chwile, jakie spedzal w osadzie, poswiecal glównie na towarzyszenie ojcu. Odkryla jednak, ze czasem wybiera sie popluskac w jeziorze, nad którym lezala osada, w niewielkiej, zacisznej zatoczce.
Pewnego dnia ruszyla za nim po kryjomu, nie zwazajac na niebezpieczenstwo. Gdzies w poblizu czaila sie przeciez ta oslawiona wiedzma, która mogla zaatakowac w kazdej chwili. Pustólecka nie zwazala jednak na to. Byla tak rozpalona, ze nawet dla najdzikszych bestii niebezpiecznie bylo wchodzic jej w droge. Gdy dotarla da brzegu, Rykiel wlasnie wchodzil nagusienki do wody. Byl tak zbudowany, ze w jednej chwili dostala slinotoku, choc widziala go tylko od tylu. Niecierpliwie czekala w krzakach, az wyjdzie.Wtedy natychmiast ruszyla w jego kierunku i stanela tak, aby odgrodzic go od ubrania. Zdziwil sie. Nie okazal przy tym ani odrobiny wstydu. Ale, co gorsza, nie okazal tez ani krztyny podniecenia.
– Pani? Niebezpiecznie samej osade jest opuszczac – skarcil ja delikatnie. – Wszedy zwierz dziki czyha, a i Czarnozbrojni wokól osady kraza.
Okreslenie uzywane przez Plaweckiego, stopniowo przyjelo sie wsród wszystkich mieszkanców osady.
– Co z tego? – spytala. – Chyba bys mnie obronil, prawda?
– Alez oczywiscie – nadasal sie lekko. – Toc to obowiazek kazdego mezczyzny!
Przesunela dlonia po jego piersiach. Zniósl to ze stoickim spokojem. I nadal nie okazal podniecenia. Jego instrument byl zupelnie przyzwoitych rozmiarów, ani maly, ani duzy. Róznil sie wiec w tym wzgledzie od starego Obierki.
Nie zastanawiajac sie wiele zrzucila ubranie i stanela przed nim naga.
– Chce sie wykapac! – oznajmila dumnie. – Popilnujesz mi ubrania?
– Oczywiscie, pani – zgodzil sie obojetnie.
Jej nagosc tez nie zrobila na nim wielkiego wrazenia. Choc wydawalo jej sie, ze jego organ jakby odrobine napecznial. Jesli tak, to wszystko bylo na dobrej drodze.
– Tylko sie nie ubieraj! – nakazala przezornie, idac do wody. – Moze bedziesz musial mnie ratowac, jesli mnie co wciagnie.
Widziala, ze zaniepokoil sie lekko. Usiadl nago na brzegu i zaczal ja uwaznie obserwowac. Kapala sie, pozornie nie zwracajac na niego uwagi. Poplywala przez chwile, potem wrócila na plycizne i zaczela sie myc. Przesuwala powoli dlonmi po piersiach, brzuchu i biodrach, wciaz ukradkiem obserwujac mlodzienca. Jak na zlosc usadowil sie tak, ze nie widziala jego meskosci.
Zdecydowala sie na bardziej radykalne kroki. Wyszla z wody. Widzac to, podniósl sie. Jego instrument, mocno nabrzmialy, osiagnal rozmiary, o które go nawet nie podejrzewala. Zdecydowanie nie byl to patyczek. Najwyrazniej tutejsza malzonka D’Oberona przyprawila mu rogi. Albo po prostu stary Obierka byl jakas czarna owca?
Bezczelnie i nachalnie zaczela go mietosic. Choc stwardnial nalezycie, nie zrobil nic, aby sie do niej dobrac.
– Mozemy juz isc? – spytal obojetnie.
– Jeszcze chwila – mruknela.
Przyklekla tuz przed nim i wziela go do ust. Obserwowala go przy tym uwaznie. Choc jej pieszczoty wywolywaly na jego twarzy grymas rozkoszy, to jednak poddawal sie im obojetnie. Co gorsza, miala wrazenie, ze zaraz zacznie ziewac. Niedoczekanie!
– Kladz sie! – nakazala. – Ale juz!
Posluchal jej, ale ponownie zrobil to z jakas dziwna obojetnoscia. Bez wahania go dosiadla. O tak! Tego jej bylo trzeba! Goracego, twardego kutasa! Rzucila sie w galop, nie zwazajac na nic. Dlonie wsparla na jego piersi, wbijajac w nia paznokcie. On jednak wydal sie znudzony. Nie zwracal uwagi na jej jeki, ani na kolyszace sie, tuz przed jego nosem, piersi. Po prostu czekal cierpliwie, az dojdzie i bedzie mozna w koncu wrócic.
– Tu jestescie! – uslyszeli nagle.
Nad nimi stal D’Oberon. Patrzyl na nich drwiaco i usmiechal sie przy tym od ucha do ucha.
– Martwilem sie o was – kontynuowal. – Juz dawno powinniscie wrócic.
– To ja go zatrzymalam – wyjasnila, desperacko nie przerywajac jazdy. – Masz cos przeciw temu?
– Alez skad – zasmial sie Francuz. – Tyle ze z niego wielkiej pociechy raczej nie mialas, No, moze dopiero teraz…
Wybaluszyla na starego oczy. O czym on, u diabla, gada?! Nie zdazyla jednak go o to zapytac, bowiem nagle Rykiel zaplonal pozadaniem.
– Patrz, jaki ze mnie jebaka, ojcze! – zaryczal.
Chwycil Józefine, przetoczyl sie na nia, tak, ze znalazla sie pod nim i ruszyl do ataku. O ile poprzednio wykazal sie niemrawoscia i obojetnoscia, to teraz plonal pozadaniem bardziej chyba, nizli sama Pustólecka. Dziurawil ja tak szybko i tak mocno, ze ledwie byla w stanie lapac oddech. Tego wlasnie oczekiwala od niego od samego poczatku. Tyle ze teraz, gdy sie w koncu doczekala, byla tak zszokowana jego nagla przemiana, ze nie potrafila nalezycie sie tym cieszyc.
Stary postal nad nimi przez chwile, chichoczac szyderczo, potem rozebral sie i powedrowal do wody. Rozpedzony Rykiel, nawet tego nie zauwazyl. Kontynuowal z zapalem ujezdzanie Józefiny, a gdy w koncu doszedl, zaryczal tak glosno, az echo ponioslo dookola. Potem zlazl z niej i majtajac pólsztywna meskoscia, polazl do wody. W drodze minal sie z ojcem, który akurat zakonczyl swoje ablucje. D’Oberon podszedl do zmeczonej Pustóleckiej i zaczal sie ubierac. Zdazyla jednak zauwazyc, ze jego instrument, a raczej instrumencik, byl blizniaczo podobny do patyczka Obierki. A wiec zdecydowanie jednak maczala tu palce niezyjaca zona D’Oberona. Choc zdecydowanie lepiej bylo mu o tym nie mówic.
– No i jak? – spytal ja Francuz. – Zadowolona jestes z niego,
– No tak, tak! – powiedziala. – Ale co mu sie stalo? Na poczatku wydawal sie zupelnie obojetny.
Wziela suknie, podana jej przez D’Oberona i zaczela sie ubierac.
– Widzisz, … – zaczal Francuz. – Mój syn to dobry chlopak. Swietny wojownik i mysliwy. Ma tylko jedna powazna wade – lubi sie popisywac swoja meskoscia. Tak wiec, jesli nie masz zadnej widowni, nie oczekuj od niego zbyt wiele,
– Ach, wiec to tak! – mruknela. – Dobrze wiedziec. Dzieki ci, ze mi powiedziales.
– Drobiazg – usmiechnal sie Francuz.
– Ale nie bedziesz mial nic przeciwko, jesli czasem… ja… z nim… – upewniala sie.
– Alez skad, – usmiechnal sie ponownie. – Jest przeciez dorosly. Choc, co prawda, rozumu w glowie za wiele jeszcze nie ma,
Zarechotal wesolo. Zawtórowala mu. Teraz, gdy juz wiedziala, na czym polega tajemnica chlopaka, nieliczne dni, no i noce, jakie jej tu jeszcze zostaly, zapowiadaly sie duzo ciekawiej.
*
Zdobyta wiedze wykorzystala jeszcze tego wieczoru. Plawecki akurat wrócil z ostatniej wyprawy i bylo wiecej niz pewne, ze odda sie, wraz z Zejga, lózkowym szalenstwom. Nie trzeba bylo lepszej publicznosci. Nawet Rykiel natychmiast to pojal.
Namówila mlodzienca na wieczorna wizyte. Gdy tylko przyszedl, Plawecki z Zejga akurat zaczeli szalec po swojemu. Nie bylo potrzeba Ryklowi lepszego bodzca. Slyszac wrzaski dziewczyny, za punkt honoru postawil sobie doprowadzic Józefine do podobnego stanu. Wzial sie tez do roboty z podziwu godnym zapalem. W niczym nie przypominal tego obojetnego osobnika znad jeziora. Powoli, systematycznie, doprowadzal Pustólecka dalej i dalej, az na granice przytomnosci. Z ochota poddala sie jego zabiegom. Pozwolila mu przejac inicjatywe, nie angazujac sie bardziej, niz to bylo konieczne. Rozkosznie maltretowana, popuscila sobie cugle i darla sie bez wytchnienia.
Z widocznym efektem. Niemal natychmiast zauwazyla glowy Plaweckiego i Zejgi, wygladajace ciekawie zza zaslony. Podniecilo ja to niesamowicie. Miala wielka ochote, aby polaczyc sie w maly kwadracik, ale wiedziala, ze Plawecki odrzucilby taki pomysl. Po krótkiej chwili glowy zniknely i zza zaslony ponownie zaczely dochodzic jeki i wrzaski. Rykiel tez ich zobaczyl. Nie trzeba wiec mówic, ze zwiekszylo to w dwójnasób jego ochote. Po chwili wiec obydwie pary przescigaly sie w coraz to nowych konfiguracjach i popisach werbalnych. Kontynuowali tak, z krótkimi przerwami, i zakonczyli dobrze po pólnocy.
Nastepnego dnia jednak, Rykiel wyruszyl na kolejny zwiad i Pustóleckiej przyszlo spedzac pozostale noce samotnie. Dalej musiala wysluchiwac jeków zza zaslony, wrzasków i westchnien. No i rozmów. Tak, rozmów tez nasluchala sie niemalo.
*
Obudzil sie z krzykiem, siadajac na poslaniu. Z trudem lapal oddech, nie wiedzac poczatkowo, gdzie jest. Zejga usiadla i przytulila sie do niego. Bliskosc jej ciala przywrócilo mu jasnosc mysli.
– Znowu ten sen? – spytala.
Pokiwal bez slowa glowa. Im bardziej zblizala sie pelnia, tym czesciej snilo mu sie to samo.
Biegnac przez las, znajdowal Hanke. Naga, martwa, zakluta nozem, jak zwierze. A potem, jak kiedys, w innym snie, dopadala go Dragisa, która w koncu okazywala sie Pustólecka. Jednak tym razem katowala nie jego, lecz Zejge. W tym momencie zawsze sie budzil. I byl z tego zadowolony. Nie mial ochoty ogladac smierci dziewczyny, nawet we snie.
Polozyl sie z powrotem. Zejga natychmiast wtulila sie w niego. Swoim zwyczajem, wsunela nos w zaglebienie jego obojczyka, a noge przerzucila przez jego udo. W dlon wziela jego miekka meskosc i zaczela odruchowo mietosic. To zawsze byla jej ulubiona zabawa po seksie, tuz przed zasnieciem. Sprawiala jej duza frajde, a Plaweckiego totalnie rozluzniala.
– Jaka ona jest? – spytala.
Ostatnimi dniami, przebywajac z Plaweckim, nauczyla sie w koncu polskiego. Byla bardzo utalentowana, nie tylko w seksie. Wreszcie mogla sama mu powiedziec, co czuje. On, ze swojej strony, poznal dosc dobrze jezyk Galindów. Obcujac z wojownikami podczas wypraw, a przede wszystkim z dziewczyna, nauczyl sie wiele.
– No? – ponaglila go.
Wiedzial, o kogo jej chodzi. O Hanke. Spodziewal sie, ze w koncu o nia zapyta.
Milczal wiec teraz chwile, zbierajac mysli. Ona czekala cierpliwie, wciaz trzymajac go w zacisnietej dloni.
– Jest najcudowniejsza kobieta, jaka w zyciu spotkalem – zaczal, gladzac ja po wlosach. – Ma wszystko to, o czym marzy kazdy mezczyzna. Zrobilbym dla niej wszystko.
Dziewczyna sluchala, a jej oczy zwilgotnialy.
*
W d**gim koncu izby Pustólecka drgnela i otworzyla oczy.
*
On opowiadal dalej o Hance, tulac ja bezwiednie do siebie. Opowiadal, poczynajac od pierwszego spotkania, az po Kupalnocke. Kazde jego slowo tchnelo uczuciem tak silnym, ze sluchajacym go kobietom, sciskalo gardlo. Choc kazdej z innego powodu.
– Zrobilbym dla niej wszystko – powtórzyl na koniec. – Zabilbym, lub dal sie zabic.
Na ramieniu poczul raptem wilgoc. Uniósl glowe i zobaczyl, ze oczy Zejgi pelne sa lez.
– Przepraszam cie! – poderwal sie. – Nie powinienem ci o tym wszystkim mówic.
– Nie, w porzadku – otarla szybko oczy. – Ciesze sie, izes mi o tym rzekl. To dobrze, ze jestes taki szczery.
Przygarnal ja do siebie i pocalowal w czolo. W odpowiedzi sama zaczela go goraco calowac. Coraz intensywniej tez go mietosila.
*
W d**gim koncu izby Pustólecka poruszyla sie niespokojnie. W glowie klebily jej sie mysli. I nie byly to mysli wesole. Zamyslila sie tak gleboko, ze, po raz pierwszy chyba, odkad tu trafila, nie zwracala uwagi na to, co sie dzieje za zaslona.
*
Za zaslona tymczasem Zejga przestala mietosic Plaweckiego. Zaczela go ssac. Leniwie poddal sie jej pieszczotom. Przeciagnal sie przy tym tak, az przeszedl go rozkoszny dreszcz. Uwielbial to uczucie, wiec natychmiast przeciagnal sie jeszcze raz. Zejga kontynuowala. Jezdzila jezykiem wzdluz calej dlugosci, czasem cala szerokoscia jezyka, czasem samym koniuszkiem. Muskal ustami i jezykiem lsniacy, gruby koniec, by za chwile wchlonac go w gardlo tak gleboko, jak tylko potrafila. Zaczynal wtedy sapac, a jego reka odruchowo chwytala ja za wlosy i przyciskala do krocza. Jej reka natomiast gladzila mu jadra, a czasami zsuwala sie dalej i czul wtedy jej palce bladzace po jego odbycie. Zaciskal wtedy zeby i syczal z rozkoszy, podrzucajac odruchowo biodrami.
W ciagu ostatnich dni nabrala naprawde olbrzymiej wprawy. Nie zahaczala go juz zebami, jak na poczatku. Teraz, jesli tylko chciala, potrafila sprawic, aby niemal natychmiast eksplodowal. Oczywiscie, zalezalo to takze od stopnia wyeksploatowania Plaweckiego. Ale nawet wtedy, byla to jedynie kwestia czasu.
Tym razem jednak miala inne plany. Przerwala pieszczoty, dosiadla go i zaczela sie powoli nabijac. Otworzyl szeroko oczy. Kiedys, z rozpedu, chcial tego spróbowac, ale natychmiast sie opamietal. Jego nowy instrument byl o wiele za duzy na takie zabawy. Zwlaszcza, jesli dziewczyna w tym temacie nadal byla dziewica…
– Co ty robisz?! – spróbowal sie z pod niej wydostac. – Przestan, zrobisz sobie krzywde!
– Nie! – przydusila go do poslania. – Chce spróbowac!
– Ale jest zbyt duzy! – zaprotestowal niemrawo, bo podswiadomie chcial jednak, by kontynuowala – Sprawie ci jedynie ból! Przestan natychmiast!
Ponownie spróbowal z pod niej wylezc i ponownie go powstrzymala. Nadal, bezskutecznie, usilowala sie na niego nabic. W koncu poddala sie i wyszla do izby. Odetchnal z ulga. Uwielbial oczywiscie takie zabawy, ale sprawialy mu one przyjemnosc jedynie wtedy, gdy i kobiecie sprawialo to przyjemnosc. Próbowanie na sile juz go nie podniecalo. Po tragicznych doswiadczeniach w przeszlosci staral sie, aby nigdy wiecej nie zadawac kobietom bólu w ten sposób. Jesli kobieta nie miala z tego zadnej frajdy, cala zabawa mijala sie z celem. Nawet wtedy, gdy robila to tylko po to, by uszczesliwic swego mezczyzne. Cieszyl sie wiec teraz, ze zrezygnowala.
Nie docenil jednak jej determinacji. Wkrótce powrócila. Przyniosla ze soba mise z bobrowym skromem. Najpierw starannie nasmarowala jego czlonka, potem sama doglebnie natluscila sie miedzy posladkami. Wytarla rece i ponownie go dosiadla. Westchnal. Nie protestowal juz. Wiedzial, ze na nic by sie to nie zdalo. Teraz liczyl juz tylko na to, ze gdy poczuje ból, sama sie podda.
Ona tymczasem próbowala dalej, z uporem maniaka. Kleczac na nim okrakiem, nie mogla sie nalezycie otworzyc, przykucnela wiec nad nim i rozchylila sobie posladki rekoma. Ponownie poczela sie nabijac i wreszcie jej wysilki uwienczone zostaly powodzeniem. Organ Plaweckiego powoli zaczal sie w niej pograzac. Zatrzesla sie cala i zaslonila sobie usta dlonmi. Zachwiala sie przy tym, wiec chwycil ja natychmiast za biodra, by nie stracila równowagi. Jej oczy sie rozszerzyly i pojawily sie w nich lzy bólu. Jednak widzac jego zaniepokojona mine, pokrecila zdecydowanie glowa. Nie miala najmniejszego zamiaru zrezygnowac. Cala sprawe zamierzala doprowadzic do konca. Powoli, milimetr po milimetrze, opadala na jego meskosc. Wciaz zaslaniala sobie usta, aby nie krzyczec z bólu. Dygotala przy tym, jak w febrze, szybko oddychajac. Lzy z oczu lecialy juz jej nieprzerwanym strumieniem. W pewnej chwili odczul nawet podziw dla uporu dziewczyny.
I stalo sie. Po dluzszym czasie osiagnela swój cel, nabila sie do samego konca. Plawecki nie mógl sie nadziwic, jak tego dokonala, mieszczac jego meskosc w swoim szczuplym tyleczku. Wymagalo to naprawde olbrzymiej determinacji i odpornosci na ból. I musialo ja to kosztowac naprawde mnóstwo cierpienia. Dochodzila teraz powoli do siebie. Czekal wiec cierpliwie, starajac sie nie ruszac. Czekal, co teraz zrobi. Wiedzial bowiem, ze po pewnym czasie, jesli nie bedzie nic robil, jej cialo przywyknie do nowej sytuacji i ból przeminie. Dokladnie tak, jak przy ich pierwszym razie.
Stalo sie dokladnie tak, jak przewidzial. Po pewnym czasie ból minal. Zejga odetchnela i usmiechnela sie do niego przez lzy. Odchylila sie w tyl, oparla na rekach i bardzo wolno zaczela sie poruszac. Prezentowala przy tym Plaweckiemu swoja kobiecosc, nabrzmiala i wilgotna. Jak widac, ból wcale nie ugasil jej podniecenia. Dalej sie delikatnie poruszala, wiezac go gleboko w sobie. Czul jej wnetrze kazdym milimetrem ciala, kiedy zaciskala sie na nim z sila imadla. Przypomniala mu sie odruchowo sytuacja na wzgórzu, z Józefina. Jednak tam bylo zupelnie co innego. Tutaj nie musial turlac sie po krzakach.
Po pewnym czasie przyspieszyla, ale odrobine. Przyspieszyl równiez jej oddech. Z ust wyrywaly sie jej urywane jeki i nie byly to juz jeki bólu. Jej kobiecosc, która mial przed oczami, zwilgotniala jeszcze bardziej. W swietle luczywa widzial wyraznie, jak lsni od soków. Jedna reka wciaz sie podpierala, d**ga zaczela sie piescic. Nadal sie nie ruszal. Choc widzial, ze ból ustapil, wiedzial, ze kazdy gwaltowniejszy ruch z jego strony moze go wywolac na nowo. Ograniczyl sie jedynie do naprezenia miesni czlonka. Wystarczylo to w zupelnosci; dziewczyna az podskoczyla do góry. Naprezyl sie jeszcze kilka razy. Zejga zaskomlila cichutko. Przyspieszyla jeszcze bardziej, a jej dlon zaczela pracowac jeszcze intensywniej. Wspomógl ja swoja dlonia. Natychmiast ja chwycila i pokierowala na wlasciwe miejsce, nie przerywajac powolnego ujezdzania.
Gdy wsunal w nia palce, wyraznie poczul swoja meskosc przez scianke. Spotegowalo to jeszcze bardziej jego podniecenie. Czlonek zesztywnial mu jeszcze mocniej, wywolujac kolejne jeki. Zejga najwidoczniej opanowala juz ból calkowicie, bo zaczela galopowac na pelny regulator. Z oczu zniknal jej jakikolwiek przytomny wyraz. Wspomagal ja, stymulujac palcami i naprezajac regularnie miesnie czlonka. I wkrótce wrzasnela przerazliwie, wyprezyla sie i opadla na niego, ciezko dyszac. Przytulil ja do siebie, wsluchujac sie w oszalale bicie jej serca i trzymal w objeciach, czekajac, az dojdzie do siebie.
Trwalo to dobra chwile. W koncu drgnela i zeszla z niego. Kiedy sie z niej wysuwal, jeknela przerazliwie. Okazalo sie, ze jednak ból nie ustapil do konca. Gdy spróbowala wstac, jeknela ponownie i opadla na poslanie. Spróbowala ponownie, ale ja powstrzymal.
– Lez! – nakazal.
Poszedl po ceberek z woda i czyste szmatki. Gdy wrócil, obmyl ja dokladnie, a potem sam doprowadzil sie do porzadku. Poddawala sie jego zabiegom, jeczac czasem cicho. Tak ostra penetracja dala sie jej jednak we znaki. Trudno sie temu dziwic. Jak na pierwszy raz, zniosla to nad podziw dobrze. Niemniej, rano bedzie chyba musiala skorzystac z pomocy Korzenia.
Polozyl sie z powrotem i natychmiast ponownie sie w niego wtulila. Po chwili jednak podniosla glowe.
– Przecie ty zes nie skonczyl! – stwierdzila przerazona. – Przepraszam! Powinnam byla najpierw pomyslec o tobie! Wnet to naprawie!
Powstrzymal ja z trudem, bo juz sie podrywala.
– Przestan, wszystko w porzadku! – uspokajal ja.
– Ales ty nie doszedl! – rozpaczala. – Iscie, okropna jestem!
– Nic sie nie stalo! – zapewnial. – Naprawde!
Umilkla i obrzucila go uwaznym spojrzeniem.
– Nie bylo ci ze mna dobrze, czyz tak?!
– Oczywiscie, ze bylo! – zaprotestowal.
– Pocieszasz mnie jeno! – rozplakala sie. – Jestem beznadziejna!
Westchnal ciezko i wywrócil oczami. Dlugo musial uspokajac roztrzesiona dziewczyne. Cierpliwie tlumaczyl, ze czasem inne rzeczy sa wazniejsze od orgazmu. Chociazby bliskosc. Nie byl pewien, czy zrozumiala, ale w koncu sie uspokoila. Zaraz tez zasnela, zmeczona placzem i nowymi doznaniami. On natomiast dlugo jeszcze nie mógl zasnac.
Nadchodzil czas ich rozstania. Za pare dni byla pelnia i ruszali z Pustólecka na wzgórze. Zejga zostawala, wraz z innymi, w swoim czasie. Bylo mu jej zal, ale wiedzial, ze nie ma innego wyjscia. Pozostalo mu jedynie zyczyc jej wszystkiego najlepszego.
*

Bir yanıt yazın

E-posta adresiniz yayınlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir